Pewnej zimnej nocy
Diana tak bardzo chciała zaspokoić swoje ambicje, że zaczęła robić głupstwa i wysuwać żądania, które w ogóle nie mogły być brane pod uwagę.
Pewnej zimnej nocy, pod koniec listopada 1995 roku, tuż po północy, granatowy kabriolet marki BMW zajechał pod szpital Royal Brompton we wschodniej części Londynu. Za kierownicą siedziała kobieta w dżinsach i różowej bluzie. Na głowie miała niebieską czapkę baseballową z białym numerem 492. Zaparkowała, wyszła z samochodu i zamknęła drzwi. Gdy szła do głównego wejścia, z ciemności wyłoniło się dwóch fotoreporteró w. Uśmiechnęła się radośnie i zatrzymała, by z nimi porozmawiać. Pogawędki z dziennikarzami były rzeczą dość niezwykłą w przypadku księżnej Walii, gdyż najczęściej mijała ich, często z opuszczoną głową, uniemożliwiając w ten sposób zrobienie dobrych zdjęć. Od lat fotoreporterzy byli zmorą jej życia. Przy wszystkich oficjalnych okazjach szli za nią krok w krok, nigdy nie przepuszczając żadnej sposobności do sfotografowania jej. Jednak w tę listopadową noc Diana nie tylko zatrzymała się i pozowała do zdjęć, ale czekała też, aż jeden z mężczyzn skończy rozmowę przez telefon komórkowy.
- Kto to? - zapytała.
- Nasz reporter zajmujący się sprawami rodziny królewskiej
- odparł dziennikarz.
- Mogę zamienić z nim parę słów? - poprosiła.
Po raz kolejny zaskoczyła dziennikarzy. Wiadomo było, że księżna Walii nie udziela zaimprowizowanych wywiadów na ulicy.